Poznałam

Umarł mój brat "Łazarz", umarł naprawdę.
Wtedy poznałam.

Pustynia

Jestem jak piach pustyni -
niema, płonąca, samotna
i tylko czasem przechodzi po mnie karawana.

Jestem jak kwiat pustyni
silna, uparta i mocna
i tylko czasem...

 

 

Effatha
Effatha

Miasto Boga

Chitynowy człowiek
w tunelu miasta.
Ja przed nim z kamienia,
też chitynowa.

Spojrzenia spotkały się w drodze donikąd.
Tęsknota i niemoc i smutek na moment.

Z popiołów, na nowo ...i z kości - Joanna
Wysoko powoli, wysoko cierpliwie.
Tak, boli, lecz idę
do Jego miasta.
Jeruzalem moje, Jeruzalem nowe.



 

Mozart

Rozlał się we mnie bladoszarym cieniem malowany lament.
Struny drażniły płochliwe płuca ponad godzinę.
Dźwięki jak rzeka, co wpada do rzeki.
I coraz więcej wody, coraz mocniej.

Czuję, jak się rozwarstwiam, jak znikam
i jak umiera nieumieralne.
Jak pęka we mnie tego wieczoru ostatni kawał szkła.

Nie odchodź muzyko, dokąd idziesz?
Zagraj mną jeszcze na koniec.

Szeroka, srebrna Parana
była dziś we mnie modlitwą...

 

Poranku

Poranku, miły poranku,
pożycz mi swoje dwa skrzydła.
Niech mnie przeniosą nad miastem
na ciche nadmorskie piaski.

I daj mi swoje bezdechy,
biełe sukienki i kwiaty
i wiatru daj trochę, jak możesz.
Oddam wieczorem, po wszystkim.

 

W

Na wyspę zabrałam jego i ją.
Przypływy kąpały ich w wodach oceanu,
tuż pod moimi stopami,
odpływy zabierały ich daleko, poza mnie.
Pojawiali się, znikali, pojawiali się, znikali
Nie byłam, byłam, nie byłm, byłam.

Zaprzyjaźniłam się z wyspą
Dawała mi swoje od A do Z.
Na W była Wolność.
Z wyspy wróciłam bez nich,
tylko z muszlą w plecaku.


 

Istnieje

Nie jesteś w stanie włożyć palca w moją ranę.
Jest zbyt poszarpana.
Istnieję, zapewniam Cię, istnieję...

On(a)

Czuły i delikatny, pamięta go z dzieciństwa -
biały ptak.
Został z nią do rana.
Karmił płatkami nieba,
poił srebrnym deszczem i szeptał do ucha.
Miał skrzydła z piór dzikich kaczek
i aureolę z krzaków leśnych malin.
Dumny i piękny, jak królowa
Była sobą i nim jednocześnie.

Zaglądał w jej rany,
leczył je śliną i trzepotem skrzydeł.
Delikatny jak plusk wody i smak awokado.
Tulił jej połamane ciało do piersi i całował włosy.
Był jak lekarstwo, jak lecznicze zioło.

Wieczorem znów do niej zajrzy, tu na wzgórze nocy.
Nie broni się przed nim, nie ucieka.
Pozwala na jego obecność.

Popołudnie w Costa Coffee

Napisała w kawiarence parę zdań o kobiecie,
w którą rzucają  kamieniami - kto pierwszy.
O kolekcjonerce dusz,
która otworzyła puszkę Pandory w jej życiu.
O tym, jak tańczą  w niej anioł i derwisz.

Napisała o jej płótnie z podartym sercem,
w którym widzi swoje serce.
I o śniadaniu z owoców morza,
Napisała o wernisażu dwóch obrazów i twarzy matki.
O nicości, w którą  zaraz wejdzie
i chłopcu z Korei, który śpiewał ,
gdy do filiżanki z kawą  wpadała jej łza.

Nazwała swoje stany wzdłuż i wszerz,
wstała i weszła w tłum.

Idzie

Ekspedycja Solitary. Lód skuł wodę. Temperatura - 31' C.
Mróz zbija tkanki miękkie w metalowe płatki w kształcie meduz.
Twarz pokrywa biało - błękitny szron.
Źrenice bledną, ale oczy duszy nie pozwalają im umrzeć.
Mija miasto widmo. Domy wbite dachami w ściany gór, na opak.
Jej powieki opadają z wolna, nozdrza przymarzają do wewnętrznej ścianki nosa.
Oddech jej zatem jest utrudniony. o 13.00 pies widmo szarpie ją za nogawkę
Zranił jej stopę i zniknął.
Zanotowała tę historię na śniegu literą R. R jak rana.
Nie opatrzyła jej. Uznała, że to zbyt błaha rzecz,  
zbyt prosta dla niej. Podąża w górę.

Jej oszronione rzęsy ciężko opadają na szkła źrenic,
odbierając możliwość widzenia rzeczy.
Zadana przez psa widmo rana zamarza.
Nie czuje ciała. Kompensacja zmysłów
skupiona w analizatorze słuchu wydobyła ze skały krzyk.
Usłyszała krzyk góry, jej cierpienie i żal.
Subtelna, ulotna, a jednak precyzyjna myśl zabrała ją do małego miasteczka,
w którym poznała Kaja. Chłopiec zamarzł we śnie. Pamięta jego dzikie serce.
Chciała umrzeć jego śmiercią, ale kolejny raz uznała, że byłoby to zbyt proste.
Bierze głęboki oddech, który jest smutkiem i modlitwą jednocześnie.
Powoli rusza w górę, kierując się przeznaczeniem.

Delikatna fala ciepła rozpuszcza pałeczki mrozu
ułożone w centymetrowe konstrukcje na jej policzkach i powiekach.
Za moment spojrzy w twarz słońcu. Jest…
Waniliowe światło, czekała na nie cierpliwie.
Towarzyszy mu subtelna błękitna smuga wiatru,
zabawnie wirująca pomiędzy nią, a skałą.
Uśmiecha się do niej, rusza w dalszą drogę.

Spogląda w górę. Szaro - żółta tkanina nieba
opada tuż przed jej twarzą mową fortepianów i harf.
Czuje jej wrażliwą strukturę i ból.
Krople muzyki spływają powoli po jej obolałym ciele deszczem.
Odpoczywa…
Jest kosmosem, powietrzem, Andromedą, kobietą. 
Ulotna, a jednak wierna i silna, jak ziemia.
Jest tu i teraz. Nie obok, nie potem.
Musi zmierzyć się z sobą.
Teraz, tu. Sama, teraz, musi.